Miejski sens

Pociągiem z Krakowa do Zakopanego w cztery godziny! Kiedy to się zmieni?

2016.09.09 19:21 ben13022 Pociągiem z Krakowa do Zakopanego w cztery godziny! Kiedy to się zmieni?

Powoli - jak żółw - ociężale ruszyła maszyna w Tatry ospale - wiersz Juliana Tuwima w pociągu relacji Kraków - Zakopane można wyrecytować jakieś 150 razy. Podróż trwa cztery godziny. Turyści z całej Polski wybierają więc samochody. W Zakopanem chcą to zmienić! - Cztery godziny?! Maciek i Paweł, którzy przyjechali do Krakowa z Gdańska, nie mogą uwierzyć, że tyle zajmuje podróż pociągiem z Krakowa do Zakopanego.
A dokładnie 3 godziny i 53 minuty. Jak się z tym pogodzić, skoro 621 km z Gdańska do Krakowa pokonali... w nieco ponad pięć godzin. Teraz PKP oferuje im połączenie Kraków - Zakopane w czasie krótszym zaledwie o godzinę.
Tak jak Maciek i Paweł nie mogą uwierzyć, że pociąg jedzie tak długo, tak mieszkańców Krakowa w osłupienie wprawia pomysł, by wybrać się w Tatry koleją.
U nas nikt nawet o tym nie myśli. Samochód lub autobus są oczywistym wyborem. A wraz z nimi ciągnące się przez Jordanów, Rabkę, Poronin, aż po samo Zakopane korki. Niewielu zniechęcają. Zawsze pojawia się iskierka nadziei i myśl: "może tym razem się uda bez korków". Maciek i Paweł też ostatecznie wybierają autobus.
My postanawiamy spróbować. Do Zakopanego jedziemy pociągiem.
Nie rezygnujemy. O 7.46 wsiadamy do pociągu TLK "Wenus", który jedzie aż z Gdyni. Ani z boginią, ani z dziełem sztuki wiele wspólnego nie ma. Jest brudny i śmierdzący. Przy wejściu uderza odór uryny.
Ledwo się rozpędzamy, by po sześciu minutach jazdy zaliczyć prawie półgodzinny postój. W Krakowie-Płaszowie pociąg musi zmienić kierunek jazdy. Obserwujemy, jak odpięta lokomotywa przejeżdża na drugą stronę pociągu, a pasażerowie zmieniają siedzenia, by nie jechać tyłem do kierunku jazdy. W pociągu więcej ludzi, niż się spodziewałyśmy.
Konduktor tłumaczy nam: - Przy każdym odpięciu i zapięciu lokomotywy musimy sprawdzić hamulce. Wcześniej lokomotywa musi przejechać z jednej strony pociągu na drugą. To zabiera co najmniej 20 minut.
A przed nami jeszcze dwie zmiany kierunku jazdy - w Suchej Beskidzkiej i Chabówce - które zajmą kolejne 40 minut.
Wlecze się, wlecze, ale pociągiem taniej
Lokomotywa rusza, a my szukamy dobrych stron: w pociągu można pracować. Przez cztery godziny można przeczytać niezłą książkę. Poznać współpasażerów. Pod warunkiem, że nie śpią wykończeni wielogodzinną trasą. Właśnie takich mijamy w przedziałach najwięcej. Ręczniki zastępują im koce, a zmięte bluzy poduszki. Ci, którzy nie mogą wysiedzieć, spacerują w tę i z powrotem albo stoją wpatrzeni w okno.
Tak jak pan Ignacy. Emeryt z Gdyni. Do pociągu wsiadł o 21.20. Od jedenastu godzin jest w trasie. - Wlecze się, wlecze, ale pociągiem taniej - mówi. - I mniej męcząco niż samochodem. Co prawda z Gdańska jest autostrada i obwodnica Łodzi, ale co z tego, jak potem od Krakowa aż pod Tatry korki. Wolę kupić bilet i przesiedzieć te piętnaście godzin - mówi nam. I poleca na dalszą podróż film "Wino truskawkowe" na podstawie "Opowieści galicyjskich" Andrzeja Stasiuka. - Człowiek musi się czymś zająć, żeby wytrzymać tę podróż - tłumaczy.
Z sąsiedniego przedziału słyszymy głos starszej kobiety. - Jakoś to przeżyjemy - mówi, gdy o 8.25 pociąg znów się zatrzymuje. Tym razem na stacji Kraków-Bonarka, której nie ma nawet w rozkładzie. Po chwili znów rusza, a my zastanawiamy się, czy pociąg w ogóle zdąży się rozpędzić. Nie zdąża. W rejonie Łagiewnik obserwujemy mijające nas autobusy Szwagropolu, a pociąg znów hamuje. Tym razem w krakowskich Swoszowicach, których też w rozkładzie nie ma.
Przestajemy śledzić kolejne przystanki, które przywołują wspomnienia podróży koleją 20 lat temu.
Tych łuków pendolino nigdy nie pokona
Kolejna zmiana czoła pociągu o godz. 9.37 w Suchej Beskidzkiej. Ludzie wychodzą na peron na papierosa, rozprostowują nogi, łapią promienie słońca i wzdychają.
Tyle że to pozwoli zyskać pociągom ok. 60 minut. 2 godziny i 53 minuty koleją z Krakowa do Zakopanego - to nadal brzmi przerażająco...
W oczekiwaniu na piekielną linię
Co innego niecałe dwie godziny. Człowiek ledwo zdążyłby obejrzeć "Wino truskawkowe". Taki czas osiągałyby pociągi, gdyby udało się wybudować nową linię kolejową Podłęże - Piekiełko, zwaną "piekielną linią", o której na Podhalu i Sądecczyźnie marzą od 25 lat.
Bo nowa trasa do Zakopanego i Nowego Sącza nie biegłaby jak dziś naokoło - 144 km i pozwalałaby rozwijać dużo większe prędkości niż "Wenus". Nawet do 160 km na godz.
Przebieg jest już wytyczony: pociągi skręcałyby na południe w rejonie podkrakowskiego Podłęża (okolice Wieliczki) i jechały przez Gdów do Szczyrzyca, gdzie linia ma się rozgałęziać na dwie odnogi - przez Tymbark na Sądecczyznę i przez Mszaną Dolną i Rabkę na Podhale. Zamiast 144 km pociąg pokonywałby 120. Niewiele mniej, ale o wiele szybciej.
Koszt inwestycji szacuje się na około 7,2 miliarda złotych. Ta kwota spędzała sen z powiek kolejnym rządom i powodowała, że kolejne partie rządzące wycofywały się z obietnic jej realizacji. Nawet gdy pojawiły się środki z Unii Europejskiej, to kolejni ministrowie wydawali je na inne inwestycje kolejowe, odkładając projekt "piekielnej linii" na półkę.
Efekt? - Mamy najgorzej funkcjonującą komunikację w całej Polsce. W XXI wieku stolica polskich gór jest częściowo odcięta od świata, bo nie ma alternatywnych możliwości dojazdu - mówi zastępca burmistrza Zakopanego Wiktor Łukaszczyk, gdy wreszcie docieramy do punktu docelowego naszej podróży.
I porównuje: - Nad morze jest autostrada i szybkie pendolino. Można nim dojechać i do Gdańska, i do Kołobrzegu. Teraz powstała obwodnica Łodzi, która jeszcze skraca czas przejazdu przez centralną Polskę. A co ma Podhale? Wiecznie zakorkowaną, remontowaną zakopiankę, na której stają kierowcy, busiarze i autobusy. Droga nie jest w stanie pomieścić takiej liczby samochodów, jaką mamy dziś - mówi wiceburmistrz.
Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad podaje, że w 2015 roku zakopianką jechało średnio 40 806 pojazdów. W ciągu doby!
Według GPS czas przejazdu samochodem z Krakowa pod Tatry wynosi 2 godziny i 10 minut. Bez korków.
Nie dla samochodów
W długi sierpniowy weekend na Podhale zjechało ponad pół miliona ceprów. Czas przejazdu z Krakowa do Zakopanego wynosił co najmniej trzy godziny. Niedzielne powroty były koszmarem. W korku stało się jeszcze ponad godzinę dłużej. Podobnie było w ostatni weekend wakacji. W szczycie sezonu trasa między Zakopanem a Murzasichlem zajmowała dwie godziny. W roboczy dzień poza szczytem zajmuje 18 minut.
Jeszcze gorzej może być w sezonie zimowym. W ferie i okres między świętami a Nowym Rokiem kierowcy grzęzną w korkach na zakopiance nawet po pięć godzin.
Jak już dostaną się do miasta, to wcale nie jest lepiej.
Mijamy pobocza od Gubałówki do Krupówek. Wzdłuż nich ciągnie się sznur samochodów na obcych rejestracjach, szukających miejsc postojowych. Nieco dalej pod skocznią narciarską na turystów w samochodach polują górale z tablicami wskazującymi parkingi na ich prywatnych łąkach, tuż przy trasach turystycznych. Pod zabytkową strażnicą, obok pl. Niepodległości, parkingu strzeże dwóch parkingowych. Zaledwie kilka wolnych miejsc.
Jeszcze gorzej w drodze do Morskiego Oka. Choć jesteśmy tam w środku tygodnia, pobocze pełne jest samochodów. Coraz więcej aktywistów uważa, że droga do Morskiego Oka powinna być potraktowana jak droga do Kuźnic. I wjazd powinny mieć tylko busy. - Jeden bus zastępuje sześć, siedem samochodów. Oczywiście, że to są rozwiązania, które na początku budzą protesty, ale czy dziś ktoś wyobraża sobie podróż samochodem do Kuźnic? Nie - zaznacza Manowiecki.
I podkreśla, że dzięki szybkiemu połączeniu kolejowemu więcej turystów wybierałoby podróż w góry pociągiem. Zakopane mogłoby się uwolnić spod dyktatury samochodów.
Zresztą pierwsze sygnały, że mieszkańcy Zakopanego nie godzą się na terror samochodowy, już są. Gdy w tym roku przy ul. Bulwary Słowackiego, między TPN a obszarem objętym ochroną Natura 2000, obok jednej z najstarszych chat góralskich, willi Tea, powstał parking wielkości 2 tys. m kw., mieszkańcy się zbuntowali. Okazało się, że dojazd do parkingu został wytyczony na wąskiej dróżce wzdłuż potoku i samochody spychały turystów do wody. - Napisaliśmy wniosek o wprowadzenie na końcówce ulicy zakazu wjazdu, który nie obowiązuje jedynie mieszkańców i służby. Uniemożliwiliśmy w ten sposób dojazd do parkingu i pomysł umarł - mówi Bartek Bryjak, radny Zakopanego.
To nie jedyny przykład. Mieszkańcy buntują się też przeciwko parkingowi przy ul. Nowotarskiej, który jest samowolą budowlaną. Miasto już pozwało inwestora.
Kulejąca komunikacja w Zakopanem
Ale turyści odbijają piłeczkę: - To jak mamy poruszać się po mieście?
Manowiecki przyznaje: - W Zakopanem kuleje nie tylko kolej dalekobieżna. Transport lokalny dopiero zaczyna się pojawiać.
Po Zakopanem i okolicznych wioskach wożą turystów jedynie przestarzałe busy. Przez lata miasto rękami i nogami broniło się przed uruchomieniem komunikacji miejskiej. Dopiero od niedawna coś drgnęło. Działają dwie linie autobusowe. Jedną uruchomiono na początku września. I nie zawsze jest gdzie wysiąść.
Stoimy na ul. Kościuszki, pod urzędem miasta. Z jednej strony widzimy duże osiedle mieszkaniowe, obok szkołę. Do tego sądy, ZUS, pensjonaty. A przystanku nie ma.
Kolej na rozwój Podhala
Oczyszczenia miast ze spalin i trujących pyłów dzięki rozwojowi kolei domagają się też mieszkańcy Zakopanego.
Najbardziej zagrożone są osoby, które mieszkają ok. 300 m od ruchliwych ulic. - Przy zakopiance i w samym mieście są ich tysiące - mówi Marek Józefiak.
Zakopane ma jeden z najwyższych poziomów zanieczyszczeń. Zimą stężenie pyłów sięga tu 300 mikrogramów na metr sześcienny. Przy normie 50 mikrogramów. - Komunikacja odpowiada za ok. 10 proc. zanieczyszczeń - mówi wiceburmistrz. I zaraz dodaje: - Ale wiemy, że żeby sobie poradzić ze smogiem, musimy działać ze wszystkich stron. Dlatego właśnie uruchamiamy nowe linie autobusowe. Zainwestowaliśmy w ekologiczne autobusy.
Manowiecki nie ma wątpliwości: - Obserwujemy, że mieszkańcy z tego korzystają. Coraz częściej też turyści. Teren wokół dworca kolejowego, gdzie powstały przystanki, nagle zaczął ożywać.
Jeszcze niedawno przy starym dworcu kolejowym w Zakopanem nie było żywej duszy, a plac pod nim służył za parking. Teraz jest tam terminal autobusowy i są plany remontu dworca kolejowego.
Odcięci od świata
Szansa na jej powstanie właśnie jest. I to jedyna. Linia Podłęże - Piekiełko po raz pierwszy znalazła się na liście podstawowej Krajowego Programu Kolejowego. Choć resort infrastruktury wpisał tam tylko dwa z trzech etapów inwestycji, na Podhalu i Sądecczyźnie wstrzymali oddechy. Bo to na razie tylko projekt. Bo, tak jak w poprzednich latach, nagle może się okazać, że "piekielna linia" znów trafi do szuflady. Wszystko wyjaśni się we wrześniu. - Spotykamy się z rządem. Wiemy, że projekt wspierają minister Andrzej Adamczyk i posłowie z Małopolski. Liczymy, że rząd, który w dużej części pochodzi z naszych rejonów, skorzysta z tej ostatniej szansy na uzyskanie unijnych pieniędzy i dopnie projekt. Bo we wcześniejszych latach najwięcej zyskiwała północna Polska. Kosztem nas - denerwuje się Łukaszczyk.
Szybka kolej na Podhale wpisuje się w wytyczne Unii Europejskiej, która zobowiązała Polskę do ograniczenia emisji dwutlenku węgla. - Nie tylko z przemysłu i energetyki, ale również z transportu. Propozycja Komisji Europejskiej zakłada siedmioprocentową redukcję emisji w naszym kraju do 2030 roku w porównaniu do 2005 roku. Stąd też promowanie kolei jako transportu czystego i niskoemisyjnego ma strategiczne znaczenie - precyzuje Marek Józefiak. Na inwestycje liczą też władze odciętych od kolei miejscowości na Sądecczyźnie. - Mamy tyle przepięknych miejscowości turystycznych - Krynica, Muszyna, Żegiestów - które mają wspólny problem: ludziom nie chce się tu dojeżdżać, bo pociąg wlecze się godzinami, a na drogach samochody się już nie mieszczą - tłumaczy Łukasz Bochniarz reprezentujący kampanię Pociąg - Autobus - Góry na Sądecczyźnie. - Na zakopiance kierowcy mają choć miejscami po dwa pasy ruchu, więc jadą na Podhale mimo korków. My jesteśmy komunikacyjnie odcięci od reszty świata, a turystyka nie ma szans się rozwijać w takich warunkach - porównuje.
Nasz region to kura znosząca złote jaja
Wiceburmistrz Nowego Sącza Wojciech Piech przytacza ostatni raport zlecony przez urząd marszałkowski, dotyczący dostępności komunikacyjnej poszczególnych rejonów Małopolski: - Wynika z niego, że jeżeli strategiczne inwestycje transportowe, w tym linia Podłęże - Piekiełko, nie zostaną zrealizowane, w 2020 roku Sądecczyzna stanie się najgorzej skomunikowanym ośrodkiem subregionalnym w całej Unii Europejskiej!
Dziw, że w takich warunkach w ogóle rozwija się przedsiębiorczość. - Nasz region to kura znosząca złote jaja. Nie wierzę, że przez lata rządy nie robiły niczego dla Małopolski południowej, w której mamy tak wysoki odsetek ludzi przedsiębiorczych, a nawet multimilionerów. Do tego nasze walory turystyczne, które zwyczajnie się marnują. Obawiamy się, że przedsiębiorcy już zastanawiają się, czy warto czekać na poprawę warunków dojazdu - przyznaje wiceburmistrz.
A oddanie do użytku linii Podłęże - Piekiełko dla Sądecczyzny byłoby dosłownie komunikacyjnym szokiem. O ile teraz z Krakowa do Nowego Sącza pociągiem jedzie się nawet ponad trzy godziny, o tyle dzięki tej inwestycji ten czas skróciłby się do 55 minut! - Kolej od lat była u nas w defensywie i szczerze mówiąc, nie wiem, jak przerwać ten wieloletni mentalny związek naszych mieszkańców z samochodami. Jedyną szansą jest szybkie połączenie z Krakowem, które jest szansą na przywrócenie również lokalnego ruchu kolejowego. A gęstej sieci kolejowej inne rejony kraju mogą nam pozazdrościć - szkoda z tego nie skorzystać - podkreśla Piech.
Łukasz Bochniarz zaznacza, że ważną rolę w zmianie przyzwyczajeń kierowców odegrają nie tylko wielkie inwestycje, ale także determinacja małych społeczności. - Potrzeba integracji kolei z innymi środkami transportu i odważnych decyzji samorządowców. Dziś nie ma żadnego uzasadnienia dla ograniczania ruchu samochodowego w centrach miejscowości turystycznych. Gdy będzie szybka kolej i dowożący do niej transport miejski, to nikogo nie trzeba będzie przekonywać do komunikacji zbiorowej - mówi Łukasz Bochniarz.
Wracamy do Krakowa autobusem
Na koniec wizyty w Zakopanem burmistrz jeszcze raz zapewnia: - Jeszcze nim zapadnie decyzja, czy Podłęże - Piekiełko zostają w planie, spotkamy się z rządem i będziemy prosić, przekonywać, naciskać.
My z Zakopanego do Krakowa wracamy zakopianką. Wieczorem nie mamy już sił na kolejną czterogodzinną podróż. Ostatni pociąg odchodzi z Zakopanego o 21.47. Do Krakowa dociera o 1.24 w nocy. Wybrałyśmy autobus. Po dwóch i pół godziny byłyśmy na dworcu w Krakowie.
źródło:http://krakow.wyborcza.pl/krakow/1,42699,20664248,pociagiem-z-krakowa-do-zakopanego-w-cztery-godziny-kiedy-to.html#TRwknd
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.03.27 16:10 SoleWanderer Ziemowit Szczerek - Licheń, czyli ja

Szedłem na Golgotę. Myślę, że wszyscy tam powinni pójść. Wcale nie szydzę. Tutaj nie ma co szydzić, do Lichenia trzeba przyjechać Polskę zrozumieć.
Pojechałem znów do Lichenia. Jechałem pomiędzy nieczynnymi straganami z rurkami z kremem i świętymi medalikami. Zaparkowałem na wielkim pustym parkingu strzeżonym przez pokraczne gipsowe anioły.
Kawę kupiłem w sklepie, w którym sprzedawali też figury świętych, Jezusów i Maryj. Jezusy i Maryje miały smutne oczy i ceny przyczepione do szyj: wyglądały jak niewolnicy na targu. A potem wyszedłem, stanąłem przed katedrą i z kawą parzącą mi dłoń po prostu się gapiłem. Cielę na malowane wrota, właśnie tak. Nie mogłem oderwać wzroku od tego barbarzyńskiego ogromu i blaszanego blasku złoconych kopuł. Bo niby Kościół polski to Kościół łaciński, niby Polska należy do starej i wyrafinowanej cywilizacji Zachodu, cywilizacji umiaru i subtelności, ale jednak jak przychodzi co do czego, to nikt tak naprawdę w tę subtelność nie wierzy. Każdy wie, że ogrom i błysk sprawdzają się najlepiej.
W tle piały wiejskie koguty. Stałem u stóp katedry i patrzyłem na gigantyczne figury nad wejściem: Matka Boska miała nieco zapadniętą twarz, ale za to biła z niej taka moc, że przyginała do ziemi świętych Pańskich po obu jej stronach. Piastowski orzeł na wieżycy wyglądał jak ukrzyżowany. W środku ciekło od złota, biło po oczach od blasku, kiczu, pokracznych, ale pompatycznych malowideł.
Anioły ze skrzydłami wymodelowanymi w kształt topora wyglądały jak armia pięknych elfów-klonów, która bez mrugnięcia okiem zimną stopą zadepcze wszystko, co złe, paskudne, mordorskie. I brzydkie - ale taką zwykłą, niebłyszczącą brzydotą. Rzędy krzeseł miały oparcia rzeźbione w husarskie skrzydła i jeśli wierni w nich siądą, wyglądają jak husarskie zastępy.
Z trzeci albo czwarty raz tu wracam, obsesyjnie.
Bazylika wznosi się jak niebiańskie UFO przybywające do Polski prosto z raju typu "na bogato", który kusi złotymi zegarkami, najnowszymi modelami BMW z wystawy na pierwszym poziomie Rajskiej Galerii Handlowej, klejnotami Blyskovski i ogólnie luksusem. Nieba wyglądają jak wiekuiste spa w prestiżowej lokalizacji wykupionej za łapówkę od Niebiańskiego Parku Narodowego, ze skubaniem złuszczonej ziemskiej powłoki przez złote rybki. Nie zwykłego, obywatelskiego, republikańskiego nieba, gdzie wszyscy zażywają wiekuistości skromnie, poczciwie, w tych białych prześcieradłach i na bosaka, tylko takiego nieba, w którym wszyscy są oligarchami, bogaczami, karmazynami, królewiętami, magnaterią, a co najmniej właścicielami sieci solariów.
UFO wznosi się swą złotą kopułą pomiędzy tymi domami i dachami o kształtach od Sasa do Lasa, gromadzą się wokół tej kopuły te wszystkie szyldy krzyczące na różowo, żółto i czerwono, że naprawa tłumików i nowe opony, że lody na kredyt i kredyty na lody. A wokół snuje się pysznie nowy polski asfalt położony za unijne, czarny i tłusty jak świeży makowiec. Asfalt, który nie zdążył jeszcze popękać, powybrzuszać się i rozleźć. Choć zdąży, nie bójcie się.
Każdy, kto obserwuje polski chaos, wie dobrze, że w tym szaleństwie jest metoda. Że ten chaos jest sobie wewnętrznie pokrewny. Że kręci się, owszem, wokół czarnej dziury w swoim środku, ale tylko czeka, żeby wydać z siebie coś arcypolskiego.
I wydał Licheń. Nie wyobrażam sobie tej katedry, dajmy na to, w Berlinie, Budapeszcie czy choćby Pradze, ale za to spokojnie mogłaby stać na przykład w gruzińskim Batumi czy macedońskim Skopje, miastach o wiele zresztą ciekawszych od Berlina, Budapesztu czy Pragi, bo, podobnie jak Polska, łączących w sobie największe możliwe aspiracje i wizje z barbarzyńskością, nieumiarkowaniem i koślawością.
Ten barbarzyński chaos to polska forma, której nie dostrzegamy, bo ją wypieramy. Bo się jej wstydzimy, bo chcielibyśmy być inni. Chcemy być Zachodem, ale nie tym rzeczywistym, który nas zresztą zdradził po raz kolejny.
Bo Polska się zbuntowała przeciw Zachodowi. Bo okazał się on czymś innym, niż miał być. Złote, błyszczące neony okazały się zwyczajnymi reklamami Rossmanna i Lidla. Miała być kraina bogactwa, a okazała się krainą lewactwa. Miały być dupy z rozkładówek "Playboya" w szybkich furach, a są połajanki feministek, że słowo "dupa" uwłacza kobiecie, i ochrzan od Zielonych, że szybkie fury zatruwają atmosferę.
Nie wspominając o tym, że "Playboy" skończył z nagimi fotkami.
My tu sobie, Polacy, lepszy Zachód u siebie zrobimy, poczekajcie. Zrobimy to samo co zawsze: weźmiemy od was tylko to, co chcemy, a nie to, czym nas karmicie. Zjemy wasze mięso, zostawimy sałatkę. I poustawiamy to, co od was weźmiemy, tak by to nam, a nie wam się podobało. Najlepiej na kupie, żeby było duże. Weźmiemy sobie, po pańsku, od was fundusze unijne, jaki taki know-how technologiczny, niemieckie samochody, francuskie sery, szwedzkie meble, przysypiemy to wszystko z wierzchu republikańską fikcją, żeby nie było, że my zbyt duże chamy, że my bez majtek po ulicy chodzimy, bo i u nas republika, ba, Rzeczpospolita - a potem powiemy Zachodowi: dałeś, frajerze, to teraz się zbieraj.
Ogniska już dogasa blask. Nikt cię tu nie lubi. Zostaw zabawki.
Szedłem na Golgotę. Myślę, że wszyscy tam powinni pójść. Wcale nie szydzę. Andrzej Stasiuk pisał, że przyjechał do Lichenia szydzić i że szybko mu przeszło - i miał rację: tutaj nie ma co szydzić, tu trzeba przyjechać Polskę zrozumieć. Nie żeby od razu się modlić, ale żeby zobaczyć to, co tak długo jako "prawdziwi Europejczycy" wypychaliśmy ze swojej podświadomości. Żeby zobaczyć, kim jesteśmy.
Golgota licheńska jest dla polskiej formy tym, co estetyka D~a de los Muertos dla Meksyku czy kolorowo malowane Matki Boskie w całej Ameryce Południowej. Albo czym są miejskie legendy w Stanach czy wystrój czeskich piwnych gospód. To odbicie ludowej duszy, coś, co wychodzi z trzewi polskiego narodu. To i - na przykład - disco polo. Sen, który sami o sobie śnimy.
Do Lichenia jeżdżę po to, by się zachwycać, ale również po to, żeby się pośmiać. Bo to zdrowo śmiać się z samego siebie, a ja wiem, że Licheń to również ja.
A zresztą jak, powiedzcie, przejść obojętnie obok Jaskini Zdrady, obok Groty Objawienia, w której anioł ofiarowuje Jezusowi kielich, a razem z tym kielichem nagą żarówkę, która rozświetla się wtedy, gdy wierny włączy w grocie światło takim samym włącznikiem, jakim włącza światło w łazience. Albo obok betonu udającego marmur, z tymi wszystkimi błękitnymi i czerwonymi żyłkami namalowanymi cienkim pędzelkiem. Albo obok Kaplicy Przebłagania za Picie i Palenie, gdzie wisi biczowany Chrystus, a biczujący go łotrzy mają złe twarze: trochę diabłów z jasełek, a trochę z wyobrażeń o "końcu cywilizacji białego człowieka", bo jeden ma paskudną, żółtą twarz monstro-Tatara, a drugi - brązową, zakutaną w arabski zawój.
To naprawdę trzeba zobaczyć. Na przykład smutnego świętego Piotra, obok którego umieszczono hańbiącą tablicę z napisem "Trzy razy zaparłem się mojego mistrza". I koguta, który w tej historii zapiał trzy razy, a teraz ochrzania z góry na dół biednego Piotra jak psa. Anielicę z fryzurą pani Joli z poczty albo Grotę Zaśnięcia Matki Bożej z tabliczką "Wychodząc z groty, zgaś światło".
No jasne, robię sobie z tego jaja, bo niby czemu mam nie robić, najdalszy jednak jestem od pogardy. Gardzić Licheniem to trochę tak, jak brylować w wielkim mieście i wstydzić się swoich krewnych z jakiejś zapadłej wsi, że naniosą błota do salonu. To jak ukrywać przed światem jakąś część osobowości. Tak, tak: śmialiśmy się, że się boimy, my, Polacy, szafy otwierać, bo wypadną z nich trupy, Jedwabne. Ale z drugiej strony polskiego kija patrząc, nie byliśmy również gotowi przyznać, że Licheń to również my. Sacro polo, disco polo: tak, to my.
Owszem, nie ma co idealizować "sielskiej prostackości", ale próby zaorania tej estetyki, wyszydzenia do cna, przypominają próbę schowania przed wytwornymi gośćmi naszej rodziny ze wsi o grubych manierach. Bo goście wcześniej czy później wyjdą, a z rodziną nadal musimy żyć. I warto ustalić z nią jakiś modus vivendi. Choćby ze względu na własne bezpieczeństwo.
Bo kiedyś w końcu nas ta rodzina pobije i wrzuci do piwnicy. Oh, wait ...
Tak zwana przez prawicę Polska lewacka nie czuje się częścią Lichenia, mówi: "Licheń to nie my", odcina się od barbarzyńskości, ale państwo przez nią stworzone, owszem, jest i było barbarzyńskie.
Wystarczy na nie popatrzeć, na wygenerowaną przez nie przestrzeń publiczną, ale nie tylko. Polska SLD była barbarzyńską pseudolewicą, strojącą się w demokratyczne szatki, bo "tak wypada", bo inaczej sami zostalibyśmy na świecie, a Polska PO - barbarzyńskim centrum, po lakierze europeizującą się krainą, która za unijne pieniądze budowała drogi i stadiony, ale nie miała energii, siły ani potrzeby stworzyć porządnie funkcjonującej, dbającej o obywateli republiki z republikańskimi zasadami, obyczajami i budzącymi szacunek instytucjami.
Polskę PO można porównać do krainy Gallo-Rzymian sparodiowanych w "Asterixie": przyjmujących kulturę z Rzymu i nieumiejętnie przebudowujących swoje galijskie chaty tak, żeby przypominały rzymskie wille. Można było stworzyć własną jakość, w Polsce przecież jest gdzie sięgać, Polska to nie tylko Licheń - ale zaniedbano to. Elity się europeizowały, reszta kraju tkwiła w europejskim czyśćcu, w międzyświecie: niby geograficznie Europa, ale jednak nie ta właściwa. I w końcu ten międzyświat się zbuntował.
I w poszukiwaniu symboli buntu sięgnął tam, gdzie mu było intuicyjnie najbliżej: do Lichenia właśnie.
"Lewa strona" Licheniem gardzi, ale nie jest w stanie wyrzucić go z polskości, bo trudno o coś bardziej polskiego niż ludowa religijność, sama więc się z tej polskości usuwa. W czym mocno pomaga jej hejterska retoryka prawicy. Ale tutaj wszyscy napotykają pewien problem: z polskości za bardzo nie ma gdzie odejść. Do Europy? Ledwo zipie, zresztą tożsamości europejskiej nie ma. Na grunt jakiejś ideologii jako tożsamości? A niby jakiej? "Lewa strona" trwa więc w dziwnym zawieszeniu, w niedotożsamości, obrażając się na polskość i do niej wracając, jak do rodziny, bijącej i agresywnej, bo opętanej przez rodzinnych tyranów i dewotów. Krzyczących, że albo się lewacy dostosują, albo niech spieprzają.
Gdzie chcą. Na Madagaskar na przykład.
Zawsze znajdą się tacy, których trzeba wyzuć z polskości, choć są polskimi obywatelami, i których trzeba "wypchnąć z kluczowych sektorów", w których są "nadreprezentowani". A dalej ten sam nudny schemat: wypychanie, przejmowanie, rzucanie farbą w witryny sklepów, dryfowanie władzy na prawo, w stronę skrajnej prawicy, rozmontowywanie demokracji i wprowadzanie systemu wodzowskiego. Przeżyjmy to jeszcze raz. I nikt się nawet nie zorientował, że rzeczywistość już dawno przerosła sam Licheń, który rozbudowuje się za pieniądze z Unii i wiesza w swoich piwnicach obrazy wychwalające dzień wstąpienia do Unii Europejskiej.
Ale nie tylko polska "lewa strona" jest daleka od akceptacji polskiego państwa. "Prawa strona" również jest daleka od przyjęcia go takim, jakie jest.
To "kochaj, kurwa, ojczyznę, bo ci wyjebie" jest tragiczne i groteskowe, bo wygląda jak zmuszanie się do seksu na siłę, z zaciśniętymi zębami. Ten odruch odrzucenia tego, co krytyczne, świadczy o tym, że ta "miłość" to ropiejąca rana. Nienawiść do "Polski w ruinie", do tej beznadziejnej "postkomunistycznej" rzeczywistości, to dziecinna tęsknota do Polski wyobrażonej, nieistniejącej, zamieszkiwanej przez duchy "żołnierzy wyklętych" i zastępy polskich bohaterów. To wszystko ma przykryć beznadziejną codzienność. Codzienność kondominium.
Sam Jarosław Kaczyński jest tego najlepszym przykładem. Urodzony już po wojnie, ale wychowany z głową wsadzoną w to międzywojnie jak w doniczkę, rósł w atmosferze, która była jakimś rozpaczliwym snem o międzywojniu, podczas gdy w realu trwał przaśny PRL. Kaczyński rósł więc w schizofrenii i to ona go ukształtowała. Polska Kaczyńskiego nie istnieje i nigdy nie istniała, bo takie wyidealizowane międzywojnie to bajka. Kaczyńskiego wychowały duchy i demony i teraz ku takiej Polsce duchów, takiej, która nigdy nie zaistniała, prowadzi wyznawców, uczyniwszy z tej Polski religię.
A Polacy za nim idą, bo poza, którą Kaczyński przyjmuje - poza przedwojennego inteligenta, z tym swoim językiem z innej epoki i z głową w innej epoce - ich przekonuje.
Bo oto wiedzie ich pół duch, pół człowiek, przedstawiciel innej Polski, który być może nie wie, ile kosztują ogórki w warzywniaku na rogu, a za zakupy płaci świeżą dwusetką, ale to tym lepiej, bo on tej skurwionej ziemi nie dotyka. Bo on wyprowadzi naród z Polski - domu niewoli, szarzyzny, beznadziei i postkomuny - do innej Polski, tej, w której jego samego dusza tkwi. Do Polski Obiecanej.
Tak, to jest czysty Licheń. To jest tworzenie licheńskiej Polski. Kiczowatej i tandetnej jak licheńska Golgota, ale będącej czymś w rodzaju realizacji polskiego najpierwotniejszego odruchu.
Licheń to dziecinne polskie marzenie, Polska malowana, piękna jak międzywojenny oficer, wyidealizowana jak Jezus na świętym obrazku. Polska niepodległa, mityczna. Ale też barbarzyńska. Kiczowata, sprowadzona do parad, do demonstracji siły, do chwalenia się, co to nie ona. Głupawa, dziecinna, barbarzyńska, niedojrzała. Nie, nie wolno nią gardzić, bo to my, to nasza podświadomość.
Ale trzeba było być odpowiedzialnym, to polskie rozkapryszone dziecko wrzeszczące "ja chcę!", to dziecinne, rozkapryszone tupanie nogami trzymać na wodzy i nie pozwolić mu wygrać z rozsądkiem.
Nie zrobiliśmy tego. Nie powstrzymaliśmy naszego wewnętrznego bachora. Ot, bezstresowe wychowanie. I teraz możemy tylko patrzeć, jak rozrabia. Jak gloryfikowany jest ten ulotniusieńki momencik, w którym choć przez parę chwil pokazaliśmy światu pięść, gdy choć przez chwilę mogliśmy się pomościć w regionie. Zabrać sobie Wileńszczyznę - bo tak! Zaolzie - bo możemy! Domagać się kolonii - bo inni też mają, i choć był to czyściuteńki festiwal polskiego zakompleksienia, to dla polskiej ślepej niedojrzałości był to festiwal narodowej dumy. Moment haju, do którego wracamy jak narkoman.
No, ale taka jest ta Polska. I co z nią zrobić? Wyprzeć? Znienawidzić? Reformować? Kształcić? Pogłaskać? Uspokoić? Jak?
Kaczyński zresztą też się do tej gry Licheniem musiał przygotować: odrzucić niechęć do "niskiego", do "dziadów", którym kazał "spieprzać" jego brat. Do niskiej formy, knajactwa, którego ponoć nie cierpi.
Musiał iść do barbarzyńców po pomoc, jak niektórzy średniowieczni władcy: do Hunów, Awarów, Madziarów, Pieczyngów. Musiał ukorzyć się przed jednym z barbarzyńskich wodzów - księdzem Rydzykiem, publicznie go wychwalać. To musiało boleć, ale było ceną, którą - jak uznał - warto było zapłacić.
I zapłacił. Zbarbaryzował się, choć czasem próbuje jeszcze desperacko wrócić do języka jako tako inteligenckiego dyskursu, choć wychodzi mu to niemrawo. Bardziej przypomina szlachciurę na sejmiku: tu rzuci jakąś łacińską sentencję, tam wyświechtaną mądrość, a na końcu i tak wychodzi mu nienawistne szczucie.
Ale o tyle było mu łatwiej, że bez problemu mógł przyjąć barbarzyńską emocjonalną niedojrzałość. Bo sam jest niedojrzały, z tą swoją gówniarską mściwością, szukaniem problemów u innych, a nie w sobie. Tak, Kaczyński ma emocjonalność rozpieszczonego bachora.
Ta niedojrzałość zresztą jest dramatem również dla samego Kaczyńskiego, bo - najpewniej - wcale nie chciał być nigdy ludowym trybunem. Chciał przemawiać do inteligenckiego centrum, tam też, myślę, kierowane od zawsze były jego diagnozy. Ale centrum nie chciało ich słuchać, ze względu na tę niedojrzałość właśnie, bo Kaczyński nigdy nie potrafił ubrać swoich intencji w cywilizowaną, dojrzałą formę i zawsze ze swoim przekazem trafiał nie tam, gdzie chciał. Był jak ambitny, alternatywny zespół, którego nie doceniali krytycy, lubiły natomiast programy discopolowe. I w końcu machnął ręką na krytyków i dał się temu disco polo ponieść. Ale Jarek, jego wyznawcy i jego polityko polo to również nie "oni" - to my sami. My i nasza niedojrzałość.
Zastanawiałem się, patrząc na św. Piotra wystawionego na wieczne upokorzenie w licheńskiej Golgocie, ilu psychoterapeutów głosowało na Kaczyńskiego. Przecież Kaczyński to jest obrazkowy przykład toksycznej, niezdrowej, niszczycielskiej osobowości. Patrzyłem na licheński pręgierz i nie miałem wątpliwości, że tu chodzi o nowe średniowiecze. Wałęsa w dybach, na miejskim, błotnistym gumnie, wszyscy z "listy Wildsteina", Jaruzelski, wszyscy, którzy "kolaborowali", którzy są "nie nasi": Michnik, Lis... i dalej, bo to idzie przecież dalej, tylko to już było dla Jarosława nie do przełknięcia. Bo przecież dalej jest "Poznaj Żyda" Bubla, dalej jest ONR, dalej są Bosak i Winnicki.
Więc, owszem, niedojrzałość Kaczyńskiego zbiegła się w pewnym punkcie z niedojrzałością emocjonalną tej Polski "licheńskiej", radiomaryjnej, częstochowskiej - Polski ludowego katolicyzmu. I nie do końca wiadomo, jaką wobec tego przyjąć postawę.
"Śmieszkować" za bardzo nie można, bo Polska "licheńska" nie lubi, jak się z niej śmieją. Było to dobrze widać, gdy podczas protestów pod Pałacem Prezydenckim, w okresie hasła "gdzie jest krzyż", "krzyżowcy" starli się ze "śmieszkowcami":
  • Czemu wy się z nas śmiejecie?! - nie mogli pojąć oburzeni "krzyżowcy".
  • A czemu wy nie możecie po prostu śmiać się z nas? - nie mogli pojąć "śmieszkowcy".
I tu trafiali w sedno. Tak, Polska "licheńska" nie ma dystansu - i trudno się dziwić, bo Polska "miastowa", Polska "inteligencka", która coś za szybko i ochoczo wskoczyła w buty Polski "pańskiej", choć sama jest przecież w znakomitej większości ludowej proweniencji, zazwyczaj tą ludowością gardziła. Wszyscy to wiemy aż za dobrze. "Ale wiocha", "ty wieśniaku", "wy wsiury", "wy chamy" - to wszystko to mocno żałosny syndrom polskiego emigranta, który po dwóch tygodniach pobytu na Zachodzie gardzi Polaczkami.
Ale jak ułożyć modus vivendi? Nie śmiać się z siebie?
Trudno ot tak, po prostu, podchodzić z czułością: "Chodź, Jarek. Zjedz snickersa. Powiedz, gdzie cię boli. Pokaż, pomożemy" - bo podniesie się wrzask zarzutów o protekcjonalność. Ale inaczej chyba nie można.
Nie, nie można tą Polską "licheńską", kształtującą dziś znów polską mentalność, gardzić. Ale trzeba mówić wprost, że jest niedojrzała. Że nie dorosła do delikatnego mechanizmu rządzenia państwem. O poziomie najważniejszych prawicowych mediów, których bezkrytyczna postawa wobec władzy i poziom ataków na opozycję, bez najmniejszej próby analizy czy zrozumienia jej postawy, przypomina często poziom licealnych gazetek.
Ale trzeba również mówić o niedojrzałości i barbarzyństwie tej części mediów nieprawicowych, które - w strachu przed polskim barbarzyństwem - całą prawicę stroiło w te barbarzyńskie szatki: nie udało się na przykład w sposób cywilizowany porozumieć w sprawie uczczenia pamięci Lecha Kaczyńskiego, to czczona jest ona w sposób niecywilizowany, przesadny, pompatyczny: najpierw wepchnięto go na Wawel, a teraz, najprawdopodobniej, postawi się mu pomnik na Krakowskim Przedmieściu, wdzierając się, podobnie jak to było z Jezusem Świebodzińskim, na chama w publiczną przestrzeń.
Trzeba mówić o dziecinnym triumfalizmie, hejterstwie i groteskowości prawicowych publicystów obarczających "lewaków" winą nawet za, a co tam, polski antysemityzm, nazywających wolnością słowa prawo do obrażania inaczej myślących. O sprostaczeniu haseł, przy których maszerują zwolennicy prawicy, tego "jebania tych" i "wieszania tamtych". O tępej jednostronności prawicowych polityków, którzy nie widzieli "festiwali nienawiści" wobec "Komoruskich" i "POpaprańców", ale widzą je teraz.
Ta "obrona suwerenności" i "wychodzenie z Rurytanii" odbywa się za pomocą uruchamiania najniższych instynktów i prostaczenia państwowych mechanizmów. Wpędzania państwa w toksyczny związek z polskością: nieprzepracowaną, rozemocjonowaną, terroryzującą, bijącą. Z polskością w podkoszulce żonobijce, cierpiącą na kompleks większości i niższości jednocześnie, więc ryczącą z wściekłości z powodu każdej krytyki i co chwila próbującą udowodnić światu co to nie ona, ryczącą Błaszczakiem do Niemców, że mordercy i naziści, i Macierewiczem do Amerykanów, że demokrację mają od niedawna, więc niech się nie rzucają. Tak, nazizm powstał w Niemczech, ale nazizm to nie narodowość, tylko, warto przypomnieć, pewien sposób myślenia. Tak, państwo amerykańskie istnieje od niedawna, ale składa się na nie doświadczenie o wiele starsze, europejskie, które doprowadziło do powstania efektywnie działającej demokracji, której zagrozić może tylko podobny prostacki populizm, który w Polsce właśnie doszedł do władzy.
Bo nie ma niczego wstydliwego w akceptacji tego, że jesteśmy europejską prowincją.
To nie nasza wina, tak po prostu ułożyła się historia, i jeśli chcemy wyjść z tego ustawienia, musimy się przyłączyć do istniejącego centrum, a jest nim centrum zachodnie, ale musimy też wnosić do niego własną wartość, coś polskiego, unikalnego i - przede wszystkim - atrakcyjnego. Tak, żeby Europa samej siebie bez nas nie potrafiła sobie wyobrazić. Nie stawać się problemem dla Europy, jak teraz, ale nie przyjmować też pozycji kserokopiarki, jak za czasów PO. Tworzyć u siebie coś własnego, wartościowego, i dawać to Europie.
I nie mieć złudzeń, że czymś takim będzie konserwatywna rewolucja w rosyjskim stylu, bo Zachód, w przeciwieństwie do Polski, rozumie, że nie jest to żadna wartość, tylko czystej wody barbarzyństwo. Ale innej drogi niż Europa nie mamy, bo za każdym razem, gdy od Europy się odwracaliśmy, generowane u nas, na miejscu (albo jeszcze dalej na wschodzie), standardy kulturowe i cywilizacyjne, niestety, nie umywały się do tych zachodnich. Bo jeśli chcemy zobaczyć, czym jest Polska bez Zachodu, wystarczy zobaczyć Licheń. Albo okolicę Jezusa Świebodzińskiego. Wystarczy pójść na marsz narodowców i głośno powiedzieć, że jest się z innej opcji. A potem, jeśli się przeżyje, wyciągnąć wnioski.
Obawiam się, że jeśli odwrócimy się od Europy także teraz, będziemy musieli się liczyć z obniżeniem ochrony praw jednostki, z brutalizacją i postępującą samowolą policji, która nie będzie się już musiała przejmować krytyką ze strony "lewackich" mediów czy "lewackiego" rzecznika praw obywatelskich. Już teraz mamy do czynienia z wulgaryzacją prawa w postaci ustawy inwigilacyjnej czy pozwolenia na używanie nielegalnie zdobytych przez policję dowodów w procesie. Już teraz kontrola poczynań władzy została rozmontowana. Widać więc wyraźnie, w którą stronę to wszystko idzie.
A rysująca się na horyzoncie perspektywa powstania propisowskich sił paramilitarnych to już zupełne odejście od cywilizowanych zasad i dryf w kierunku rosjoidalnego zamordyzmu.
Bo to wszystko, ten Licheń, jest faktycznie kolorowe i piękne, i prawdziwe w swojej naiwności, ale pod tym czai się coś mrocznego i niebezpiecznego. Można się Licheniem zachwycać i nie wolno z niego szydzić, bo to nasza podświadomość. Trzeba o to dbać, bo to nasze dziedzictwo. To my, a nie "oni". Ale jest to podświadomość do przepracowania.
Bo to, co właśnie Polskę opanowało, to nie "oni". To my sami, i ta barbarzyńskość w końcu z nas wylazła. I mocno ugryzła nas, proszę o wybaczenie, w dupy.
Ziemowit Szczerek - ur. w 1978 r., dziennikarz, pisarz, tłumacz. Autor m.in. reportażu literackiego z Ukrainy "Przyjdzie Mordor i nas zje" (za tę książkę dostał Paszport "Polityki") i "Siódemki", "polskiej powieści drogi na szosie nr 7". Ostatnio wydał "Tatuaż z tryzubem".
http://wyborcza.pl/magazyn/1,151483,19824503,lichen-czyli-ja-szczerek.html
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]